Małe ofiary dorosłych oprawców
U nas jak u nas, ale we Wrocławiu w wakacje przybywa żebrzących dzieci. Nasze miasto nie jest od tego wolne, jednak nie rzuca się to tak w oczy. W zimę, czy w jesienne deszcze ciężko siedzieć na chodniku przez długie godziny, ale w wakacje – jak najbardziej.
Nie chcę tu pisać o dorosłych żebrzących, bo to sprawa i wybór tych osób. Mnie boli, jak widzę siedzące dzieci. Przecież nie siedzą tam, bo chcą, tylko dlatego, że ich opiekunowie je tam posadzili. To taka forma przemocy. W upał, jak kobieta widzi na wpół żywe z gorąca dziecko w podartych ciuchach, to często wrzuci mu coś do garnuszka, na talerzyk lub do czapki zwyrodniałego ojca schowanego z winem w bramie obok.
Mamy w Polsce dwa spierające się nurty. Według jednych warto wrzucić, a według innych wręcz przeciwnie. Jedni wspierają patologię wśród żebrzących, drudzy skazują ich na współpracę z chorym systemem, który nie bardzo zdaje się być w tej materii wydolny. Ja czasem coś rzucę, a czasem nie. Nie wiem, na czym polega wybór. Wiem bardzo dobrze, iż rzucenie każdej złotówki to nauka dla dziecka i jego oprawcy-opiekuna, że to się opłaca.
Kiedyś moja mama kupiła takiej dziewczynce bułki i kabanosy, ale na drugi dzień szłyśmy tą samą drogą i to dziecko znowu tam siedziało. Więc tak naprawdę niewiele pomogłyśmy dzień wcześniej. Raczej chyba powinnyśmy zadzwonić po policję albo straż miejską. Ale to, że siedzą i żebrzą to tylko czubek góry lodowej. Tato ostatnio powiedział mi, że takie traktowanie dzieci to w pewnych warunkach i tak mało. Otworzył mi oczy na to, że te biedne dzieci mogą stać się towarem na rynku handlu ludźmi albo nawet organów. Nie zauważyłam też innego ogromnego zagrożenia. Przecież nierzadko te dzieciaki chodzą i same zaczepiają obcych dorosłych. A ile trzeba, żeby trafiły na pedofila?
Dotąd siedzące na chodniku, zapłakane dzieci, wymuszające pieniądze kojarzyły mi się z jedną myślą – dać czy nie dać, wrzucić czy nie. I brała mnie złość na tych, którzy je tu posadzili. Teraz widzę to wszystko zupełnie inaczej.
Moje przerażenie wzbudził artykuł z którego jasno wynikało, że żebractwo w Polsce nie jest zabronione. Dlatego nie wydaje mi się, że dzwonienie na policję czy po straż miejską coś da, skoro ci ludzie według prawa mogą spokojnie żebrać. Nie wiem, kto te prawo w tym kraju ustala, ale to tak, jakby zostawić otwarte drzwi i wyjechać nad morze, przecież okazja czyni złodzieja, a żebrzące dzieci to nieprawdopodobnie łatwy łup.
Z dziećmi nasz kraj w ogóle nie wie co zrobić. Ostatnio kolejny raz w telewizji mówili o rodzinie zastępczej, która znęcała się nad dzieciakami. I takie historie co jakiś czas przewijają się w mediach. Nie mówiąc o domach dziecka, bo wystarczy przypomnieć sprawę siostry zakonnej, pastwiącej się nad podopiecznymi.
Świat jest chory. Nic i nikt nie chroni dzieci przed brutalnością dorosłych, a pedofile są wszędzie. Jakie jest wasze zdanie na ten temat?
Nadesłała: Lornetka









