Komunikacja miejska w Warszawie

Zadałam sobie pytanie – czy komunikacja miejska jest aktualnym problemem Warszawy? Przecież wszystko idzie w dobrą stronę – rozwijające się metro, nowe trasy tramwajowe i autobusowe, rosnące jak grzyby po deszczu ścieżki dla rowerzystów, będące na fali stacje Veturilo, ale i chodniki dla pieszych. Z pozoru wygląda to całkiem nieźle, jednak zerknijmy w prawdziwe oblicze komunikacji miejskiej.

Co mam na myśli? Wszystkich warszawiaków czy popularne „słoiki”. Warto zastanowić się, jakie zachowania prezentują ci, którzy korzystają ze środków lokomocji, w tak szybko rozwijającym się mieście jak Warszawa. Wybierając się na przeciętny spacer po przestrzeni miejskiej, poddałam analizie wszystkie typy podróżników.

Typ 1: Wszyscy ci, którym za środek lokomocji służą własne nogi. Są to albo chodnikowe tarany, albo osoby, do których nie dotarło, że w Polsce obowiązuje ruch prawostronny, a stolica nie jest odosobnionym przypadkiem.

Typ 2: Szaleni rowerzyści, uważający za życiowe motto „Wszyscy z drogi, bo ja jadę”. Żeby było mało, nie poruszają się po wyznaczonych ścieżkach, a pchają swoje dwa koła między pieszych bądź w najruchliwsze miejsca warszawskich ulic, doprowadzając do białej gorączki stołecznych kierowców. Każde zwrócenie uwagi powoduje strach u tego, który upomina rowerzystę, że dostanie szprychą jak obuchem w głowę.

Typ 3: Duża grupa użytkowników tramwaju, autobusu czy metra. Każdy środek z osobna i wszystkie razem, tworzą istną wieżę Babel, a może Sodomę i Gomorę. Jak się okazuje w tych środkach lokomocji odnajdziemy imprezownię, noclegownię, miejskie stołówki, a nawet możemy zaznać darmowego koncertu na żywo (gdzie głównym szlagierem jest Tango Milonga). Nie mniej znajdzie się też miejsce dla nieco spokojniejszych osobników, którzy nie poddają się fali dziczy i w tych ekstremalnych warunkach oddają się lekturze. Jeśli nie dość wam wrażeń, możecie przycupnąć jako bierni obserwatorzy i w nieskończoność liczyć wszystkie torby oraz zakupy, które bardziej się zmęczyły niż pośladki ich właścicieli. Nie martwcie się o swoją przyszłość, bo patrząc na współczesnych staruszków odnoszę wrażenie, że ze schorowanych ludzi na ulicy,  w tramwajach, autobusach czy metrze doznają cudownego ozdrowienia i z prędkością sobie nieznaną mkną w stronę wolnych miejsc (tej szybkości nie powstydziłby się żaden uczestnik wyścigów F1). Zadziwiające jest to, że część tych biednych staruszków ma bardziej cięty język, niż niejeden młodzieniec, a przecież „Ta młodzież taka niewychowana”.

Typ 4: Plastiki i gołąbeczki. Nie chodzi tu o recykling butelek czy ochronę praw zwierząt, a o współczesne, dość krzykliwie wyglądające i zachowujące się nastolatki oraz wiecznie zakochanych klonów Romea i Julii. Brak mi słów, więc pozostawiam to do Waszej refleksji…

Reasumując, zakładając buty i idąc „na miasto” albo wydając „zielone” na bilet, kupujecie kota w worku, a każda podróż kosztuje więcej uśmiechu (lub złości) niż niejeden telewizyjny kabaret.