Autobusy miejskie, czyli „Przepraszam, a dokąd ja jadę? ”
Wiele słyszałem obelg na temat autobusów warszawskiej komunikacji miejskiej, że jeżdżą za wolno, że uciekają jak Bambo przed kąpielą, a także, że w niektórych śmierdzi. Sam korzystam często z autobusów i uważam, że nie jest źle, ale jak patrzę na pewne sprawy, to mnie szlag trafia. Te stare autobusy jadą, jakby zaraz miały się rozsypać, nowe… no tak, niby nowe to lepsze, ale niekoniecznie. Otóż ZTM niedawno wspaniałomyślnie zakupił nowiutkie autobusy, a żeby był szpan, zamontowano w nich cyfrowe tablice przystanków, i małe ekrany reklamowe, które zastąpiły stare, świecące na czerwono belki informacyjne i plastikowe tablice. No niby świetnie, Back to the Future i tak dalej, jednak jednego żaden geniusz nie przewidział – awaryjności takiego rozwiązania. O ile największym problemem LEDowych belek były przepalające się raz na 5 lat diody, to nowe ekrany psują się co chwilę, i ciężej jest je naprawić. Brawo ZTM! Dzięki Wam mamy piękne ekrany, które wyświetlają tylko komunikaty o błędach. Każdy chyba zdążył już zauważyć takie cudo:
I jaki z tym wszystkim jest problem? Niby mniej reklam, ale tak naprawdę problem jest niemalże tak ważny jak bezdomni alkoholicy na tylnych siedzeniach. Wsiadam do autobusu i co? Lista przystanków nie działa, ekrany ‘tracą połączenie z komputerem’, mówiąc krótko „Dokąd ja w ogóle jadę?”. Oczywiście nie neguję pomysłu, jest on OK. Niestety, wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Czerwone belki może nie wyglądały futurystycznie i nie wyświetlały reklam o treści „Adoptuj psa”, albo „Idź do teatru”, ale przynajmniej wiedziałem, dokąd jadę i kiedy wysiąść, co chyba jest najważniejsze w jeździe autobusem.
Jestem pewien, że niedługo powstanie jeszcze lepsze rozwiązanie, a spektakularnie upośledzone autobusy skończą jak słynny Smutny Autobus – zostaną pożegnane bez pardonu.
Piotr – 16 lat, uczeń technikum









