Nasza niezwykła Marina

 

Igor Nazaruk

11 sierpnia 2017 – Wysokie Obcasy

Skąd jesteś, Marina?

Z Czerkasów na Ukrainie. Mieszkaliśmy w takim bloczku czteropiętrowym. Chruszczow stawiał te budynki, miały być tymczasowe, potem rozebrane, żeby postawić coś solidnego. Trzy klatki schodowe, wszyscy się znali, taki żelbet. Moje mieszkanie było królestwem książek, regały do sufitu. Teraz pewnie by mi się wydawały bardzo brzydkie.

Dzieci z dworca Brześć

Miałaś swój pokój?

Wszystkie pokoje były moje, bo rodzice ciągle pracowali, a ja byłam jedynaczką, więc miałam dwa pokoje, książki, kanapę, telewizor. Ja byłam bardzo ważna w rodzinie, najważniejsza.

Kim byli twoi sąsiedzi?

My nie byliśmy Ukraińcami, Białorusinami, byliśmy dziećmi Związku Radzieckiego. Gdyby mnie spytano wtedy o narodowość czy o pochodzenie, powiedziałabym: Związek Radziecki, Sowiecki Sojuz. Dopiero potem, jak odbierałam paszport, musiałam wybrać narodowość albo ojca – rosyjską, albo matki – białoruską. Więc pomyślałam, że Rosja jest taka duża, a Białoruś mała, i z litości wybrałam Białoruś. I dlatego jestem w dokumencie Białorusinką, choć zdecydowanie czuję się Rosjanką. Dopiero teraz do mnie dociera, że połowa mojego podwórka mieszka dziś w Izraelu, nosili takie nazwiska, jak: Bronstein, Eutazon, Gimelfont. Żegnałam ich z ogromnym bólem. Bardzo późno zdałam sobie sprawę, że w mojej klasie byli Ormianie, Gruzini, Żydzi, Ukraińcy, Rosjanie i ja, Białorusinka. Nikt na to nie zwracał uwagi.

A czemu mówisz, że lubisz Czerkasy?

Dlatego, że to miasto mogło być perełką, kurortem z pszczołami, które latają nad rozdeptanymi morelami. Czerkasy były słodkie jak miasto Willy’ego Wonki z „Fabryki czekolady”. Bo myśmy deptali te morele, ja jeszcze to pamiętam…

U nas są mirabelki, których nikt nie zbiera…

To jest takie cudne. Morele, kasztany, Dniepr, lasy sosnowe na terenie miasta, raj, po prostu raj. Ale władze wybrały wielką chemię.

Byłam mała, kiedy miasto zaczęło się uprzemysławiać – całe stało się jednym wielkim dymiącym kominem. Ludzie umierali jak muchy, po prostu wszyscy umierali.

Fabryki dawały zatrudnienie i wszystkie mamy moich przyjaciół pracowały na chemii. Potem, kiedy już ukończyłam szkołę i studia, to pracowali tam moi koledzy i koleżanki. Teraz już to wszystko jest pozamykane, dzięki Bogu, bo przynajmniej większość moich przyjaciół ze szkoły żyje.

Jak wspominasz studia?

Jak jeden dzień, bo już miałam dziecko. Urodziło się na pierwszym roku studiów. I tak byłam już stara jak na nasze warunki. Nie byłam pierwszą osobą z klasy, która wyszła za mąż, tylko trzecią. Bo u nas, na Ukrainie, w wieku 17 lat już można było normalnie wychodzić za mąż. Zakochałam się, wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, studiowałam.

 

To był Wiktor?

Tak, Witia, Wiktor. Mój przyjaciel do tej pory, choć rzadko się kontaktujemy, bo mnie nie stać, żeby wydzwaniać do Petersburga. Wiktor Węgłowski, Polak urodzony w Workucie, czyli w łagrach. Ojciec Stanisław, zesłany na 25 lat, oczywiście za nic. Tam poznał matkę Wiktora, tam się urodził Wiktor, tam się wychował. Potem Afganistan, potem ja.

19-letnia dziewczyna, ile on miał lat?

32 lata. Studia skończyłam szybko, mając 22 lata. Od razu poszłam do pracy do szkoły i chciałam uczyć po swojemu. Wymyślałam różne rzeczy, uczyłam, jak robić kolaże, jak robić zeszyty kolorowe. Mówiłam, że gdy moja lekcja jest niefajna, bo to się zdarza każdemu, niech pokolorują stronę tego zeszytu na szaro, a jeżeli jest super, niech będzie różowa, żółta, pomalowana kredkami. Kiedyś robiłam lekcje o Leningradzie w II wojnie światowej, jezioro Ładoga, ciężarówki z chlebem dla umierających. To była wybitna lekcja. Dzieci mnie spytały, jak pokolorować tę stronę. I nie wiedziałam, co im powiedzieć. Dyrektorce szkoły podobały się moje metody i zaproponowała, żebym została wicedyrektorką. I się zgodziłam.

Skąd zatem decyzja, żeby wyjechać do Polski?

Poszliśmy z Witią do sklepu, w którym zawsze robiliśmy zakupy. Rozmawialiśmy cały czas po rosyjsku, bo Witia w ogóle nie zna ukraińskiego. Upomniałam się o coś, ale spokojnie, a ekspedientka powiedziała, że „wy żrecie nasze sadło (słoninę)” i coś o tym rosyjskim. I wtedy postanowiłam, że musimy stąd po prostu wyjechać. Witia od razu się zgodził. A poza tym jeszcze córka chorowała na te wszystkie choroby ekologiczne.

Aceton we krwi?

Tak, wiele dzieci na to chorowało. Ten zapach rozpuszczalnika z buzi… Dziecko było zielone.

Mówiłaś już wtedy po polsku?

Nie. Poszłam do biblioteki w Czerkasach i poprosiłam o jakieś pomoce naukowe. Dostałam podręcznik do nauki języka polskiego Wandy Wasilewskiej. Miałam też płytę winylową i takie wielkie słuchawki. I z tego właśnie podręcznika coś tam starałam się wyczytać, a facet na płycie mówił, to też pamiętam, „gołębie”, to „ę”, co było dla mnie niewymawialne. Wtedy właśnie pomyślałam, że musicie być wielkim narodem, jeżeli nie tylko wymawiacie „ę”, ale jeszcze to odróżniacie od „ą”.

Ile czasu się uczyłaś?

Trzy miesiące. Gdy przyjechałam do Polski, umiałam się przedstawić, przywitać się. Pierwszy pojechał mąż, miał budować dom Cezarego Wodzińskiego, wybitnego filozofa. Witia powiedział mu, że ma fantastyczną nauczycielkę, która na dodatek jest jego żoną, że uczy rosyjskiego. A Cezary na to: „Świetnie, niech przyjeżdża, ja ją poznam, porozmawiamy i jeżeli jest taka dobra, to załatwię jej pracę”. I rzeczywiście, Cezary mnie poznał z Marzeną Okońską, która była dyrektorką Społecznego Liceum nr 25, które teraz nosi jej imię, bo Marzena już nie żyje.

Pamiętam naszą pierwszą rozmowę. Marzena mówiła po rosyjsku, była taką grubszą panią w dresie i bluzie „Batman Forever”. Więc wyglądała jak absolutna rasowa sprzątaczka. Powiedziałam: „Dzień dobry, jestem Marina, mam czerwony pasek”. A ona mnie tak zmierzyła wzrokiem i powiedziała: „Wiesz co, ty tym swoim czerwonym paskiem to sobie sukienkę podwiąż, bo jesteś taka chuda, że zaraz ci spadnie. A mnie to ten twój radziecki czerwony pasek nie interesuje. Jeżeli jesteś dobra, to będziesz u mnie pracować, jeżeli jesteś niedobra, to do widzenia”. I pewnie okazałam się dobra, bo w liceum u Marzeny przepracowałam 15 lat. Strasznie mi się w szkole nudziło, więc przekonałam ją, że trzeba robić przedstawienia, że będę uczyła rosyjskiego inaczej niż według podręcznika. Wszyscy najpierw się z nas śmiali, potem zazdrościli, a na koniec nawet ci, co nie uczyli się rosyjskiego, brali udział w tych naszych spektaklach. Uczyłam ich na wierszach Cwietajewej, Brodskiego, zapraszałam Mirka Czyżykiewicza, który przychodził z gitarą i śpiewał „Nieś się, stateczku, przez fale zgubne, trzepoczą żagle jak zmięte ruble”, i wszyscy lecieli do Empiku, żeby kupić jego kasety, ponieważ po tych występach stwierdzali: kurczę, to jest kapitalne!

Moja przyjaciółka Ewa Wróbel, historyczka, która w ogóle nie znała rosyjskiego, nienawidzi zaborów, powiedziała: „To, co się nie udało przez trzysta lat Rosji, ty zrobiłaś w trzy miesiące pokojowo. Pełna rusyfikacja szkoły”.

Ale Marzena umarła, potem był inny dyrektor, do tej pory zresztą jest, polonista nasz, nawet go lubiłam, ale nie zagrało, nie, nie.

I odeszłaś.

Jeszcze zanim odeszłam, Krzysztof Pawłowski, prywatnie mąż Moniki Płatek, powiedział mi, że w Warszawie jest ośrodek dla uchodźców z rosyjskojęzycznymi dziećmi, głównie Czeczenami. Pojechałam tam i już zostałam. Zrobiłam wieczór czeczeński, na którym śpiewałam, bo oni mnie szybko nauczyli, a dzieci tańczyły w swoich strojach. Monika Płatek po obejrzeniu tego koncertu zaproponowała mi pracę koordynatora wolontariatu przy projekcie „Koalicja. Powrót do wolności”.

 

To projekt realizowany w aresztach. Co tam robiłaś?

Działałam w 14 jednostkach penitencjarnych okręgu warszawskiego. Pomyślałam, że skoro już jestem z dziećmi czeczeńskimi, to nie powiem teraz: „Słuchacie, ja już nie pracuję w szkole, już nie będziemy do was przyjeżdżać z czekoladami, z występami, zbierać dla was pieniądze, zapraszać do kina”.

One nie były częścią mojej pracy, tylko częścią mojego życia. I wtedy wymyśliłam rodzaj wolontariatu, który okazał się nowością w całej Unii Europejskiej – opowiadałam więźniom, jak wygląda życie w ośrodkach dla uchodźców.

I okazywało się, że ono wygląda bardzo podobnie do ich życia. Że oni mają jedną łazienkę w celi, a te dzieci mają jedną na piętrze. Więźniowie mają tam ileś metrów na osobę, a te dzieci mają trzy razy mniej przestrzeni itd. Mówiłam to dosyć przekonująco i wtedy powstał pomysł, by więźniowie szyli woreczki na buty dla tych dzieci. Wyglądało to w ten sposób, że np. faceci z oddziału zewnętrznego w Popowie szyli woreczki na buty, a kobiety z aresztu śledczego na Grochowie je haftowały. Z samochodzikiem były dla chłopczyka, a z motylkiem dla dziewczynki. Szyli też piórniki.

Tam spotkałaś Zbyszka?

Nie, ze Zbyszkiem to było tak, że miałam wystawę prac malowanych na szkle takiego studenta prawa, strasznie depresyjnego, i Zbyszek odmalowywał pomieszczenie, w którym wystawa miała się odbyć. Jako wolontariusz, jako osoba wolna.

Jak do ciebie trafił?

Jedną z instytucji zaangażowaną w projekt „Koalicja. Powrót do wolności” była fundacja Sławek, która zajmuje się więźniami i byłymi więźniami. Zbyszek był jej podopiecznym, byłym więźniem. Poprosiłam fundację o pomoc w przygotowaniu wernisażu, ściany w sali wystawienniczej były tak samo brzydkie i brudne jak w ośrodku dla uchodźców, a uchodźcy mieli być głównymi gośćmi tej imprezy. Przysłano mi dwóch wolontariuszy. Jeden to był taki Bogdan, którego bardzo się bałam, bo miał braki w uzębieniu i wyglądał jak bandyta. A drugi był Zbyszek, który nie miał braków w uzębieniu i się go nie bałam. Bogdan i Zbyszek pracowali do 3 w nocy. Zaprosiłam ich na wernisaż następnego dnia. Monika Płatek wręczyła im piękne róże w podzięce za pomoc przy organizacji tego wernisażu. I tyle. Potem miałam kolejny wernisaż z ambasadą Białorusi na Łowickiej i tam inny więzień mi pomagał, taki staruszek, on już nie żyje, pan Janek, ale nie wiedział, jak dojechać. I się okazało, że poprosił Zbyszka, żeby go dowiózł. To było jakieś pół roku po tym pierwszym wernisażu.

Zaiskrzyło?

Potem chciałam się odwdzięczyć i zaprosiłam go z żoną do teatru, zdobyłam darmowe zaproszenie od Mirka Czyżykiewicza na „Operę za trzy grosze”. A on powiedział, że nie może iść z żoną, on już nigdzie nie chodzi z żoną. To powiedziałam: „Dobra, to pójdzie pan ze mną”. I poszliśmy. On był okropnie ubrany, było mi wstyd w tym teatrze. Pamiętasz takie spodnie piramidy? Przeklinałam moment, w którym zaproponowałam, że z nim pójdę. Ale kiedy zaczęliśmy rozmawiać w antrakcie, zobaczyłam, że facet ma olbrzymie poczucie humoru, nie zanudza. I patrzyłam już tylko na górę, starając się nie widzieć piramid.

Przystojny facet?

Tak, bardzo. Teraz już nie, bo pije.

To był strzał w serce?

Tak.

A podobno nie jesteś romantyczna.

Zawsze rozumiałam, kim była Anna Karenina i to, co zrobiła, ponieważ ja bym zrobiła dokładnie to samo, zawsze. Dla mnie zawsze miłość była na pierwszym miejscu. Z tym że dotychczas nie miałam miłości, miałam jakieś zakochania, natomiast kiedy pojawiła się miłość, to od razu to odczułam. Zbyszek jest moją wielką miłością do tej pory. Źle trafiłam, trudno. Już w teatrze wiedziałam, że jestem bardzo zakochana. A potem zrozumiałam, że jest to moja wielka, jedyna, ogromna miłość.

Jak to przyjęli Wiktor i wasza córka Ilona?

Ilona źle, Wiktor źle, ale powiedziałam i przyjęli.

Nie jesteś już ze Zbyszkiem.

Są takie psy, pinczery, którym obcina się ogon. Więc my obcinamy ten ogon po kawałku. Zbyszek zadzwonił, jak dostałam Nagrodę Zimowskiego, to było w grudniu. Mamy taki układ, że dzwoni tylko wtedy, kiedy jest trzeźwy. Powiedziałam: „Dobra, przyjdź na wręczanie tej nagrody, przecież i tak wiem, że się upijesz i nie przyjdziesz. Tak jak na spektakl, jak na wszystko”. A on przyszedł, trzeźwy.

Alkohol zabił tę relację?

Tak, doszczętnie.

 

Jak dużą część waszego związku Zbyszek spędził w więzieniu?

Około czterech lat. Okradał, wyłudzał, ale nie robił ludziom krzywdy.

Kiedy jest pijany, to nie ma nigdy w tym przemocy. Mogłabym ułożyć sobie z nim życie tak jak mama z ojcem, który miał skończone dwa kierunki studiów i też pił.

Zbyszek pijany zawsze przychodził z kwiatami, z podwiędłym bukietem, i mówił, że specjalnie taki kupił, bo dobre to kupi kto inny, a te to będą miały szczęście, że umrą przy mnie. Zero agresji, nigdy, wręcz wylewność, ale nie mogłam się z tym pogodzić.

To była twoja decyzja, żeby się rozstać?

Tak. Kiedy już wypróbowałam wszystkie środki. I to jest właśnie romantyzm osadzony w rzeczywistości. Kiedy Zbyszek siedział, pisaliśmy „Recydywistę”, naszą książkę, którą potem opublikowaliśmy na blogu. Ale po rozstaniu zniszczyłam tego bloga, bo blog był nasz. A kiedy przestaliśmy być my, no to po co blog. To nie były listy z więzienia, tylko książka, której pisanie dawało mi ogromną przyjemność, artoterapia po obu stronach.

W tym czasie też powstała „Poczekalnia”?

Tak. Rodziny osadzonych, zanim spotkają się ze swoimi bliskimi, czekają w ohydnym, obdartym miejscu, w więziennej poczekalni. Przed świętami spędzali tam nawet dwie i pół godziny. Pojechałam na Rakowiecką, żeby to zmienić, to są trzy przystanki metra od mojego domu. I myśmy odmalowali i odnowili – ze Zbyszkiem właśnie, z dziećmi z Raszyńskiej, z więźniami – całą poczekalnię. Zrobiliśmy królestwo bajki, wszystko zaprojektowałam. Potem zdobyłam od sponsorów szafki, książki od wydawnictw. Zawsze były słodycze. W odnowionej poczekalni więźniowie spędzali dodatkowy czas ze swoimi dziećmi.

A jak to się stało, że osadzeni dostali zgodę na dodatkowe widzenia?

Po projekcie „Koalicja. Powrót do wolności” dyrektorzy więzień już wiedzieli, kim jestem. Poza tym – co ich to kosztowało wypuścić więźniów? A więźniowie w kolejce stali, bo mieli dwie godziny dodatkowego widzenia z dzieckiem. Ojciec spędzał z dzieckiem dwie godziny w poczekalni i potem jeszcze godzinę już wewnątrz. To było absolutnie kapitalne.

 

A mamy tych dzieci?

Do dziś mam przyjaciółki z tej poczekalni. Kserowałam i rozdawałam „Recydywistę” kobietom, o których wiedziałam, że powinny odejść od swoich partnerów. Bo kiedy facet tylko daje kobiecie listę zakupów i mówi, co ona ma przynieść, to już nie jest relacja. Mam taką przyjaciółkę Monikę, która rozstała się ze swoim niedobrym partnerem. Wyszła teraz za mąż, mieszka w Kaliszu, jest szczęśliwa, jeżdżę do nich na Boże Narodzenie.

Na Rakowiecką zaprosiłaś Joannę Kluzik-Rostkowską, ówczesną minister edukacji narodowej.

Pomyślałam, że zrobimy jeszcze sześć godzin dodatkowego widzenia. Przygotujemy w świetlicy spektakl, będą takie dodatkowe święta, ale przepustką na to święto będzie czynny udział ojca w spektaklu – ojciec gra rolę i wtedy przychodzi. Bo w więzieniu jest tak, że jeżeli jednostka organizuje jakiekolwiek święto, to więzień zapisuje się na listę i jeżeli nic nie przeskrobał, to może w nim uczestniczyć. Więc ja powiedziałam: „OK, wy macie te święta trzy razy do roku, na Dzień Dziecka, na Wielkanoc i na Boże Narodzenie, a chcecie mieć co miesiąc?”. „Chcemy” – powiedzieli faceci. „To robimy musical”. Oni na to: „Nie, nie”. Ja: „Nawet jak zgłoszą się trzy osoby, to gwarantuję, że święto się odbędzie, ale wy tam nie wejdziecie”. I wtedy oni powiedzieli: „No dobra, jak to ma być?”. No i zaczęliśmy robić te absolutnie niezwykłe i obłędne przedstawienia. Pisałam scenariusze, faceci robili stroje i odgrywaliśmy to dla dzieci. Na „Mysi bal” to zaprosiłam Joannę Kluzik-Rostkowską, która umierała przy finale. Pisałam takie sceny, żeby było śmieszne i fajne, czyli całe królestwo bajek zaczarował zły czarownik i wszyscy zamienili się w myszy. I wtedy wychodził taki recydywista i śpiewał: „Jam jest myszka, myszka z Mokotowa. Tak sobie siedzę, siedzę, czasem kwiczę. Jam jest myszka, myszka z Mokotowa. Lecz mam potencjał, że się zdziwi sam pan Nietzsche”. A chór recydywistów: „I Zygmunt Freud”.

Kiedy to się skończyło?

Kiedy Ziobro zamknął Rakowiecką. Nie udało mi się też przekonać służby więziennej, żeby wprowadzić ten projekt do każdego aresztu. Zaproponowałam, że przeprowadzę nieodpłatne szkolenie, ale cały czas słyszałam, że jutro, że pojutrze, popojutrze, więc do tego nie doszło.

Zaczęłaś pracę w Ministerstwie Edukacji Narodowej.

Tak. Joanna Kluzik-Rostkowska, spłakana ze śmiechu po „Mysim balu”, zaproponowała mi stanowisko koordynatora do spraw nauczania dzieci cudzoziemskich w polskich szkołach.

Nie miałam swojego gabinetu w ministerstwie, żadnego stołka, bo od razu postawiłam takie warunki, że jeżdżę, jestem koordynatorem w terenie. I zaczęłam jeździć po takich pipidówach, ale też do większych miejscowości. Wszędzie, gdzie zapraszali.

Prowadziłam zajęcia dla dzieci z moimi autorskimi zdjęciami, piosenkami, z bitwą na śnieżki, które robiliśmy z kulek krepiny. Pokazywałam, co robią dzieci z różnych krajów, kiedy pada śnieg. No oczywiście, że grają w śnieżki. Nieważne, czy na Ukrainie, w Czeczenii, czy w Syrii, wszędzie, jak spada śnieg, dzieci rzucają śnieżki.

Z czym miałaś największy problem?

Że ciągle nie wystarczało czasu, żeby dojechać do wszystkich szkół, które mnie zapraszały. Czasami udawało mi się wziąć ze sobą dzieci czeczeńskie, ukraińskie, jechałam z taką ekipą międzynarodową i wtedy dzieci z tych małych miejscowości poznawały dzieci z innych krajów. A potem już mnie zwolnili. Znaczy nie zwolnili, zlikwidowali stanowisko, więc zaczęłam prowadzić takie same zajęcia dla Krystyny Starczewskiej, przewodniczącej Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej, mojej przyjaciółki, najwspanialszej nauczycielki.

We wrześniu 2016 roku dowiedziałaś się o tragedii na dworcu w Brześciu, że koczują tam czeczeńskie rodziny, których Polska nie chce przyjąć. I od razu tam pojechałaś. Co zobaczyłaś?

Strasznie dużo ludzi, pełen dworzec. Przywitałam się z nimi po czeczeńsku i powiedziałam, że będę uczyć dzieci, bo one muszą chodzić do szkoły. Dziś znam imię każdego dziecka, wiem, co lubi, na co choruje, czego nie umie, czego nie może jeść, na co ma alergię. To nie jest wolontariat ani praca, to jest po prostu moje życie. Bycie w miejscu, gdzie ktoś na ciebie czeka. No chciałbyś, żeby ktoś na ciebie czekał codziennie, żeby cię wyglądał. Wchodzę na dworzec i nagle spada na mnie cała lawina dzieci i kobiet i każdy chce mnie pocałować, uściskać, ponieść walizkę.

Mówisz o dworcu w Brześciu jak o miejscu powszechnej szczęśliwości, a przecież sytuacja koczujących tam ludzi jest straszna.

Pamiętasz „Życie jest piękne” Benigniego? Ja w to właśnie gram, po prostu. Mówię im: „Słuchajcie, dziewczyny, zastałam rozbite, zapłakane, pogrążone w beznadziei kobiety. A teraz piękne, uśmiechnięte, znające język polski.

Marina, ilu z tych kobiet, dzieci udało się przedostać do Polski?

Niewielu, ale części się udało. Madina mieszka w ośrodku w Dębaku z mężem i trójką dzieci, Toma mieszka w Lininie, też z dziećmi. Margo, Milana, Zulichan, Madina mieszkają w domu samotnej matki. Można policzyć na palcach.

To jest twoja bezsilność?

Każdy w życiu musi robić swoje.

Ja jestem nauczycielką i uczę. Nieważne, czy więźniów, czy dzieci w poczekalni. Uczę radości, uśmiechu, nie przeprowadzam ludzi przez granicę.

Od wielu miesięcy Białorusini nie sprawdzają mojej ogromnej walizki. Mam mojego celnika w Terespolu, nie mogę powiedzieć, jak ma na imię, który pewnego razu pochylił się nad moją walizką – a miałam w niej handlowe ilości lalek – i powiedział: „Jak będzie miała pani chwilę, to porwę panią na kawę, bo to, co pani robi, jest wielkie i piękne”.

Białoruski celnik?

Polski, z Terespola, a Białorusini to nawet mi pomagają tę walizkę dotaszczyć. Wiem, że oni nie są decyzyjni.

Ale przecież wystarczyłoby wpuścić tych ludzi do Polski. Zapomnieliśmy o tym, jak w latach 90. przyjechało do Polski 300 tys. Czeczenów?

Nie mogę myśleć w takich kategoriach. Nie jestem obrońcą praw człowieka, to nie jest moja działka. Dzieci wiedzą, że przyjedzie Marina, że przywiezie im plecak od rzecznika praw dziecka, flamastry od dobrych ludzi, że zaprowadzi ich do kina, że zaśpiewa z nimi, zatańczy, kupi czekoladę, że nauczy ich piosenki.

Ile czasu spędzasz w Polsce?

Najwięcej czasu spędzam oczywiście w Brześciu, ale w Polsce też muszę być: ogarnąć sprzedaż przytulanek i toreb, które wciąż powstają na dworcu, poprowadzić zajęcia, zarobić, zająć się dziećmi i kobietami, które już przeszły granicę. Żyję tak dlatego, że nie mam internetu, dzięki temu mam o wiele więcej czasu. Jak robię Facebooka Dzieci z Dworca Brześć, to się spotykam z przyjaciółką Jolą Grabowską. Gdybym robiła to sama, nie miałabym czasu na spotkanie z nią. Moi przyjaciele w tym są i robiąc coś razem, spędzamy też razem czas. Po prostu robię to, co lubię. A że tak Bóg dał, że lubię robić to, co jest pożyteczne, a nie grać na automatach?

 

Ciekawy artykuł? Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola: *