Hot! Historia lubi się powtarzać

Był już późny wieczór, gdy pomarańczowe słońce ustępowało miejsca białemu księżycowi. Trwały przygotowania do otwarcia Igrzysk Olimpijskich.

–         Wszystko gotowe? – dopytywał się główny sponsor, który wiedział, jak będzie brzmiała odpowiedź.

–         Tak, tak – zapewniał go jeden z organizatorów przedsięwzięcia, sprawdzający coś na kształt listy obecności zawodników. – Ale brakuje nam zespołu siatkarzy z jednego kraju…

–         Co to ma znaczyć?! – zapytał, a raczej krzyknął dyrektor Komitetu Olimpijskiego.

–         To znaczy, że ich nie ma – wtrącił mniejszy sponsor, akcentując słowa „nie ma”.

–         Wiem – warknął dyrektor. – Nie jestem głupi!

–         Hej! – krzyknął na całe gardło jeden z mniejszych sponsorów, uderzając pięścią w stół.

W sali konferencyjnej zapadła kłopotliwa cisza.

–         Za dwa dni zaczynamy… – zaczął spokojnie mniejszy sponsor. – A nie potrafimy się dogadać.

I znów zapanowała cisza, a chwilę później chaos. Kłótnia w mgnieniu oka przerodziła się w bójkę. Dyrektor przeklął cicho, po czym wyszedł z sali. Najprawdopodobniej nikt nie zwrócił na to uwagi. Stał chwilę przed gmachem głównej dyrekcji. Potem wsiadł do samochodu. Pojechał do domu przygotować się na jutrzejsze posiedzenie Rady. Nie należał on do zbyt uprzejmych osób. Nie przepadał za wizytami gości, sam zresztą wolał nie ruszać się poza swoje cztery ściany. Miał czarne włosy i lekko siwą brodę. Zazwyczaj chodził ubrany w białą koszulę, marynarkę i szary płaszcz. Na głowie nosił zawsze czarny cylinder. Ze względu na swój sędziwy wiek, ciągle narzekał, że boli go albo to, albo tamto.

historia lubi się powtarzać

Następnego ranka na posiedzeniu Rady nastroje nie były najlepsze.
– Może łatwiej, by nam było zorganizować tak ważną imprezę.
Nagle w głowie słuchającego wszystko zaczęło się układać. Przypomniał sobie o tym, jak za młodu razem z ojcem eksperymentowali i tworzyli nowe wynalazki, z których większość była teraz zniszczona.

–         Jesteś genialny! – wykrzyknął dyrektor. Następnie szybko włożył płaszcz i w pośpiechu wybiegł z sali.

–         A temu co? – spytał sam siebie sponsor, nie zastanawiając się nad odpowiedzią. Pomyślał: „zgadza się, jestem genialny”.

Tymczasem w domu dyrektor nerwowo wyrzucał z szaf ich zawartość. Gdy w jednej z nich znalazł czarną walizkę, odetchnął z ulgą. Wyjął z niej coś, co wyglądało jak pilot z przyklejoną różową piłeczką do tenisa stołowego. Wystukał na nim kombinację cyfr i liter, po czym chwycił go obiema rękami i zamknął oczy.

Kiedy je otworzył, znalazł się na targu. Było tam strasznie głośno i tłoczno. W powietrzu unosił się zapach wędzonych ryb. Na domiar złego w oddali było słychać bicie dzwonów. Lekko zmieszany i zaniepokojony dyrektor chciał już ruszyć na stadion, gdy uświadomił sobie, że nie wie, gdzie znajduje się ów obiekt.

Uśmiechnął się do jednego z przechodniów, który odpowiedział mu na to grymasem. Ludzie patrzyli się na niego, myśląc, że jest czarnoksiężnikiem.

–         Przepraszam – zahaczył starszą panią, zdejmując cylinder. – Którędy na stadion? – zapytał. O dziwo zachował się kulturalnie. Kobieta wskazała palcem wzniesienie oddalone od nich o jakieś sto metrów.

–         Za tym wzgórzem będzie rozdroże. Na nim skręci pan w lewo i zobaczy stadion – opowiedziała kobieta. Dyrektor natychmiast wsunął na głowę czarne nakrycie, po czym zaczął biec do wskazanego miejsca.

Było tak jak powiedziała mu starsza kobieta. Na rozdrożu skręcił w lewo i ujrzał potężny stadion wybudowany z drewna i kamieni. Dyrektor podbiegł do niego, wyjął swój czarny notes, w którym zaczął pisać notatkę.

Chwilę później za drobną opłatą w funtach, co totalnie zmieszało sprzedających wejściówki na największe wydarzenie sportowe roku, dyrektor siedział już na trybunach. Ludzie patrzyli na niego ze zdziwieniem, ponieważ był, jak na ówczesne czasy, ubrany jak najbogatszy z najbogatszych.

–         Drodzy przybysze, witamy na otwarciu Igrzysk Olimpijskich w Londynie! Od dziś, dzień 27 kwietnia 1908 roku przechodzi do historii!

Po tym krótkim przemówieniu publiczność pokazała swoją radość, klaszcząc i krzycząc ze szczęścia. Dyrektor wyjął ze spodni paczkę chusteczek, aby otrzeć nią pot, który spływał mu z czoła. Był zestresowany do takiego stopnia, że czuł się jak indyk w Święto Dziękczynienia. Poprawił nerwowo krawat, zapiął swoją ciemnoszarą marynarkę, po czym wyjął z jej kieszeni telefon. Jak zwykle nie pamiętał o tym, aby go naładować. Schował go i zaczął bić brawa. Rozglądał się zdziwiony. Myślał sobie z jaką łatwością się tu znalazł. W sumie wehikuł zbudował z pilota, kilku żyletek i złomu komputerowego. Żeby lepiej wyglądał, dołożył pomalowaną piłeczkę pingpongową. Bał się, że jego machina nie zadziała i utknie w XX wieku do końca swoich dni. Obawiał się tego, co pomyśli generalna dyrekcja. Mogłaby wtedy uznać, że uciekł z posiedzenia, bo się wystraszył. Szybko pozbył się z głowy tych myśli.

Potem zaczęto sprawdzać „listę obecności” graczy jeu de paume, sportu, który do złudzenia przypominał tenis. Dyrektor uderzył wtedy siebie dłonią w twarz, co spowodowało jeszcze większe zdziwienie wśród widzów Igrzysk. Chwycił swój miniwehikuł czasu, zamknął oczy i… nic. Wystraszony wpisywał na nowo ciąg cyfr i liter. Po chwili zorientował się, że od pilota odkleiła się jedna żyletka. Zdjął płaszcz i zaczął nim trzepać, mniej więcej jak dywanem. Ludzie nie byli już zainteresowani wydarzeniem sportowym, tylko szaleńcem niszczącym drogą odzież. Z jednej kieszeni wypadła zguba. Przyłożył ją do pilota, wpisał kod, zamknął oczy i voila! Zorientował się, że zostawił swój płaszcz w rzeczywistości, z której właśnie powrócił, ale to nie było teraz zbyt istotne. Pobiegł szybko do dyrekcji stadionu i poinformował ją o tym, żeby sprawdzić obecność zawodników w dzień otwarcia Igrzysk, tak jak to czyniono kiedyś. Dyrektorzy wymienili się pytającymi spojrzeniami, po czym jeden z nich zemdlał, najprawdopodobniej ze względu na zaistniałą sytuację.

Następnego dnia na Stadionie Olimpijskim w Londynie naczelny dyrektor, o dziwo szczęśliwy i rozpromieniony, wygłosił mowę poprzedzającą rozpoczęcie najważniejszego sportowego wydarzenia roku:

–         Drodzy goście, witamy na otwarciu Igrzysk Olimpijskich w Londynie! Od dziś 27. dzień lipca 2012 roku przechodzi do historii! – przywitał widzów dyrektor naczelny, a następnie pomyślał sobie: „Ech, historia lubi się powtarzać”…

Nadesłał: Tomasz Sołtys

 

Ciekawy artykuł? Podziel się ze znajomymi!

1 komentarz

  1. Fajnie się czyta bo ciągle ciekawi co będzie dalej. Szkoda że tak szybko się skończyło. ..

Dodaj komentarz

Adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola: *