Hot! Historia jednej miłości

Hejka! Opowiem wam coś. Było hardcorowo, a na końcu strasznie. Przegięłam na całego. Takie ględzenie, że wy byście tak nie zrobili. Akurat! Tak szczerze? Każdy by tak zrobił na moim miejscu! Może nie do końca, ale w to bagno wdepnąłby na pewno!

A zaczęło się słitaśnie i romantycznie, aż do zwrotu. Byłam ostatniej klasie podstawówki, grałam w klubie, w tenisa stołowego. Nie powiem – byłam dobra, bardzo dobra. Mój trener mówił, że zajdę daleko. Bardzo lubiłam tę małą, białą piłeczkę i siebie – przyczajoną na ugiętych nogach za stołem. Fajnie było, gdy pojawiali się w naszym klubie nowi chłopcy. Prawie zawsze starsi ode mnie. Przychodzili na trening tacy macho. A ja śmiałam się już w duchu na myśl, że zaraz trener wyznaczy jakąś świeżynkę do gry ze mną. Jakoś tak przed świętami wielkanocnymi przyszedł NOWY. Modne spodnie, świetne buty, fajna grzywka i zabójczy uśmiech, na oko z 17 lat – oceniłam szybko. Nowy poszedł się przebrać, a się spokojnie rozgrzewałam. Gdy wrócił trener powiedział, żeby na luzie rozegrał ze mną meczyk. Nowy skwasił się nieźle i wymamrotał: „Muszę z akurat nią? Ona potrafi coś?”. Trener – widziałam, że pęka ze śmiechu w środku – powiedział, że jeśli wygra, to już nigdy nie będzie ze mną musiał grać i się poświęcać.

Jak się domyślacie Nowy (na imię miał Maciej) dostał takie baty, że pot kapał mu dość obrzydliwie z nosa. Specjalnie goniłam go po stole, hehe. Nie kończyłam akcji. No i biedak się nieźle zmoczył. Cała nasza sekcja śmiała się z tego, że „Nowy się zmoczył”. Wściekły poszedł do szatni i pewnie od razu pod prysznic. Wiecie, że więcej nie przyszedł?! Trochę nam było głupio, że się śmialiśmy z niego, że jakoś ładnie go nie przyjęliśmy. No, ale trudno. Widać – kiepski facet i nie potrafił wziąć na klatę.

Minęły wakacje, a ja zaczynałam gimnazjum. Musiałam do niego dojeżdżać. I dosłownie pierwszego dnia w autobusie patrzę, a tu Nowy, znaczy Maciej, przede mną siedzi. Wstydziłam się i nie chciałam, żeby mnie zobaczył. Wysiadłam. On też wysiadł, tylko pierwszymi drzwiami. Idzie. Ja za nim. No i tak doszliśmy do bramy szkoły L Okazało się, że Maciej też do niech chodzi. Potem wyczaiłam, że jest w liceum (było razem z naszym gimnazjum) i ma już 18 lat.

Nie minęło kilka dni, gdy wpadliśmy na siebie. Popatrzył na mnie z byka, a następnie pięknie się uśmiechnął i powiedział: „O Pani Trenerka we własne osobie! Miło, że Pani jest bez rakietki!”. Ulżyło mi, że się nie gniewa. Zaśmiałam się. Zapytał, czy teraz on może mnie czegoś nauczyć? Był naprawdę ZA-BÓJ-CZY! Po wakacjach cały opalony, wysportowany, no i taki dorosły. Zgodziłam się od razu. Czekał na mnie pod szkołą. Moja przyjaciółka Viola prawie zemdlała, gdy go zobaczyła. Choć miałyśmy iść po książki spławiłam ją szybko. Kiwnęła tylko głową ze zrozumieniem.

Maciej wziął mnie pod ramię i poszliśmy. Gadał coś o komputerach, chciał być programistą, o sporcie. Doszliśmy do opuszczonego domu. Rozejrzał się na boki i wciągnął mnie przez uchylone drzwi. W środku śmierdziało, było pełno butelek i petów. Na starej kanapie siedziało jakieś towarzystwo i jarało coś. Zapytał, czy kiedyś paliłam trawę. Oczywiście nie paliłam! „Nauczę Cię” – powiedział. Nie chciałam, ale mówi, że będzie zarąbiście, że zobaczę różne rzeczy… No i stało się. Zapaliłam. Wieczorem odprowadził mnie do domu. Rodzice byli wściekli. Pytali, gdzie byłam, a ja oczywiście skłamałam.

Nasza miłość kwitła! Miałam jechać na obóz przygotowawczy w zimie. Nie pojechałam. Nie poszłam na urodziny Violi. Nawet nie pamiętałam, że je ma! Zresztą w ogóle nie miałam dla niej czasu. Opuszczałam treningi. Palenie też dało o sobie znać. W środku rozgrywki nie mogłam złapać powietrza. Trener zapowiedział mi lojalnie, że nie weźmie mnie na mistrzostwa, jeśli będę się tak zachowywać. Jedno mnie bardzo dziwiło – Macieja bardzo interesowało, kiedy są mistrzostwa, kiedy kwalifikacje itd. Widać było, że krzywi się na myśl o tenisie, ze mną nie chciał grać, ale o to ciągle pytał.

Pod koniec marca miałam takie oceny, że wezwali rodziców do szkoły. Ojciec usiłował ze mną pogadać. Fajny jest, ale co mu powiem? Że gdzieś to mam, bo Maciej mnie kocha, bo jest taki wspaniały? Bo powiedział, że będzie czekał z tym pierwszym razem do mojej osiemnastki? Że w szkole jestem boginią, która ma chłopaka boga?

bagno

Wiecie, że ja bym chyba musiała powtarzać rok?! W tym całym bagnie miałam trochę szczęścia, bo… mistrzostwa były na początku kwietnia. Jakoś zebrałam się na ostatni trening przed mistrzostwami. Mieliśmy spotkanie po treningu i … trener powiedział, że nie jadę, że w tej formie ani nie zasłużyłam, ani nie mam szans. Byłam załamana, było mi tak strasznie wstyd, przed wszystkimi w sekcji, przed sobą, przed rodzicami, przed … Maciejem. Wybiegłam z Sali jak w melodramacie i pobiegłam do „naszego domu”, bo wiedziałam, że o tej porze tam będzie.

Wpadłam i opowiedziałam mu wszystko, a on… zaczął się obrzydliwie śmiać. Dosłownie zalewał się ze śmiechu, aż nie mógł słowa wydusić. Patrzyłam na to zszokowana. Gdy już mógł mówić powiedział tylko: „Myślisz głupia dziewczynko, że nie chciałem rewanżu za wtedy?! Właśnie przegrałaś mistrzostwa! Ha! Ha! Nie jakiś głupi, jeden mecz w sekcji, ale całe mistrzostwa kretynko!”.

Czaicie jak się poczułam? Udało mi się przeprosić Violkę, która gdy usłyszała całą tę historię dosłownie zamarła. Udało mi się na tyle poprawić oceny, żeby przejść do następnej klasy, nie udało mi się pojechać na mistrzostwa, a pół roku później złapałam tak fatalną kontuzję kolana, że musiałam pożegnać się z tenisem i raz na zawsze z mistrzostwem. Rodzicom po jakimś czasie powiedziałam też całą prawdę. Powiedzieli, że teraz wszystko rozumieją.

Ja też zrozumiałam. A Wy coś z tego zrozumieliście? Jak nie, to po co ja to wszystko pisałam żuczki? 🙂

Ciekawy artykuł? Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola: *